Irena Lasota

Słowo „nacjonalizm” miało kojarzyć się w przestrzeni sowieckiej z tym, co najgorsze, nacjonalistów przedstawiano w literaturze i karykaturach jako ludzi nienawidzących wszelkich narodów i kultur poza swoimi własnymi i gotowych wymordować sąsiadów, i to najlepiej siekierami. Gdy w 1991 r. zaczął rozpadać się Związek Sowiecki, nacjonalizm począł przybierać bardzo przyjemne formy: kraje bałtyckie natychmiast podjęły ze sobą współpracę, a mieszkający tam Rosjanie, zwłaszcza ci, którzy żyli na tych terenach od dawna, przyłączali się do Frontów Narodowych. Nie potrwało to długo. Rosjanie zaczęli zachowywać się tak, jak ostatnio w przypadku Gruzji, czyli jak zawsze: organizowali prowokacje wewnątrz samych krajów, mające pokazać ohydne oblicze nacjonalizmu, podejmowali próby oddzielenia...
Podobnie jest z modelami wychodzenia z komunizmu. „Polska droga” ma polegać na pokojowym usunięciu komunistów od władzy (czy też na ich pokojowym odejściu); „rosyjska” na pokojowym przejęciu władzy przez oligarchów; a „chińska” na wprowadzeniu wolnego rynku przez samych komunistów, co ma nieuchronnie doprowadzić do demokratyzacji. Czy rzeczywiście tak jest? Zachód chciałby w to wierzyć i Zachód na to stawia od ponad 10 lat. Zachód, a zwłaszcza Stany Zjednoczone, tak zaufały wcześniej wymyślonemu równaniu: wolny rynek plus demokracja równa się szybki wzrost gospodarczy, że wykonały proste działanie arytmetyczne: szybki wzost gospodarczy minus wolny rynek równa się demokracja, zaczęły traktować Chiny jak partnera, spodziewając się przemian politycznych i teraz – w roku olimpijskim –...