Nieznośna wolność słowa

Fatalny stan dziennikarstwa w Polsce powoduje, że każda władza chętnie porzuca misję tworzenia realnej przestrzeni wolności słowa i woli wspierać „swoich” dziennikarzy. Swoi to na ogół nie ci, którzy z przyczyn ideowych podzielają poglądy rządzących, lecz ci, którzy wykonają każde polecenie. W efekcie dominującym wzorem w tym zawodzie stają się bezideowi koniunkturaliści meldujący się na korytarzu każdej nowej ekipy rządzącej. 

Skutki tego dla opinii publicznej są fatalne. Wzory postaw w mediach tworzą ludzie, którzy nie mają żadnych zasad i takimi zachowaniami promieniują na całe społeczeństwo. 

W czasach PRL były dwa źródła zdobywania dziennikarskich szlifów – w prasie jawnie zalegalizowanej przez komunistów i w mediach katolickich prześladowanych przez cenzurę. Trzecią drogą było publikowanie w podziemnych pisemkach, ale to raczej nie był sposób na normalne życie. Koniunkturalizm u dziennikarzy stawał się zasadą. Jeżeli ktoś się nie dostosował, w najlepszym wypadku musiał zmienić zawód. Czołowi propagandyści komunistyczni żyli lepiej niż zwykli obywatele i mimo pogardy ze strony solidarnościowego podziemia wielu młodszych kolegów chciało iść ich drogą. 
Zmiany w 1989 roku otworzyły możliwość istnienia pism, które jawnie krytykowały władzę. Jednak w nich trudno było o karierę. Środki – jak przydział papieru, a potem pieniędzy, na końcu wreszcie koncesje na nadawanie w eterze – szły do tych, którzy chętnie wpisali się w porozumienia Okrągłego Stołu. Krytycy tych porozumień mieli pozostać niszą. W efekcie tego zarówno starzy PRL-owscy dziennikarze, jak i nowy narybek zaczęli z zacięciem godnym komunistycznej propagandy zwalczać tych, którzy nie docenili „nowego etapu rozwoju systemu politycznego”. Pod ogień poszli nie tylko politycy, lecz dostały się także grupy tych dziennikarzy, którzy mieli wątpliwości co do jakości tworzonej w Polsce demokracji. Koniunkturaliści spotkali się tutaj z wychowankami Adama Michnika. Ci...
[pozostało do przeczytania 48% tekstu]
Dostęp do artykułów: