Jakub Kozłowski

Początkowe działania marketingowe, podejmowane u progu wielkiej kariery The Rolling Stones, kazały managementowi budować wizerunek zespołu jako „anty-Beatlesów”. Każdy przyzna, że The Rolling Stones zawsze wyglądali na bardziej niegrzecznych i emanujących jasno wyrażaną seksualnością. Mieli zresztą już w pierwotnych założeniach stanowić jedynie słuszny wybór dla wszystkich buntowników i niespokojnych dusz nawiedzających po zmroku kluby przemysłowej Anglii. The Rolling Stones byli mroczną, wyuzdaną i bezkompromisową odpowiedzią na delikatnych i radośnie uśmiechniętych prekursorów British Invasion. A jednak pozory mylą. Lemmy Kilmister zauważył kiedyś, że The Rolling Stones, wbrew obiegowej opinii, byli ułożonymi chłopcami z dobrych domów –...
Odszedł jeden z najgenialniejszych poetów muzycznych XX wieku – Leonard Cohen. Twórca nieoczywisty i tajemniczy, nostalgiczny i zmuszający do refleksji. Leonard Cohen umarł w roku wydania swojej ostatniej i chyba najdojrzalszej płyty. Album „You Want it Darker” w równej mierze zachwycił oddanych fanów, jak i przedstawicieli mediów. Zresztą ci ostatni zawsze podchodzili z niebywałą estymą do Cohena. Na potwierdzenie warto przywołać zorganizowane kilka miesięcy przed śmiercią spotkanie muzyka w Ambasadzie Kanady w Los Angeles z wybranymi dziennikarzami z całego świata. W momencie gdy Cohen otworzył drzwi, by wejść na salę, wszyscy uczestnicy powstali. Ten przejaw szacunku tak bardzo go wzruszył, że kończąc konferencję,...
Jeżeli spytamy przypadkową osobę, z jakim utworem kojarzy zespół Europe, prawdopodobnie usłyszymy, że nie kojarzy go wcale (takie czasy). Ci jednak, którzy muzyką interesują się w stopniu choćby podstawowym, wspomną o „Final Countdown”. Bardziej ambitni wymienić mogą jeszcze piosenkę „Carrie”. Powiązanie zespołu jedynie z kilkoma wylansowanymi przebojami stanowić musi dla niego sytuację niezwykle deprymującą. Tym bardziej że Europe ma w swoim dorobku aż dziesięć albumów studyjnych. Niestety, niezwykła przebojowość „Final Countdown” wraz z całkowitym wyeksploatowaniem przeboju w stacjach muzycznych czy pop radyjkach spowodowała, że zespół mógł właściwie zakończyć karierę po 1986 r. Dzięki wytrwałości grupy możemy jednak cieszyć się albumem niebędącym...
Najnowszy album jest dokładnie taką płytą, jaką chciałoby się otrzymać od Def Leppard. Nawiązuje  do stylistyki poprzednich, niezwykle popularnych albumów zespołu, które w latach 80. królowały na listach przebojów w Wielkiej Brytanii i USA („Pyromania”, „Hysteria” czy „Adrenalize”). Muzycy zrezygnowali z drogi preferowanej przez wielu wykonawców dążących do odnowienia dotychczasowego, zdezaktualizowanego brzmienia. Zresztą jakakolwiek odnowa nie była w ich przypadku konieczna. W odróżnieniu od innego zespołu, który niedawno powrócił z całkiem udanym albumem (Europe „War Of Kings”) Def Leppard nie musieli oddawać się w ręce modnego producenta, aby wykrzesać z siebie ostatnie pokłady artystycznej inwencji. Wynika to z prostego faktu, że...
Ian Kilmister (Lemmy) zawsze wiedział, o co chodzi w show-biznesie. I zawsze, z szelmowskim uśmiechem, łamał wszelkie jego zasady. Bo Lemmy całe życie był indywidualistą. Pozostał wierny pierwotnemu, ciężkiemu rock’n’rollowi, a bogata historia zespołu Motörhead pokazuje, że na tej decyzji wyszedł nadzwyczaj dobrze. Co jednak najważniejsze, szczerość jego sposobu bycia przemawia od czterech dekad do milionów fanów zespołu na całym świecie. Jednak muzyczna droga, którą przeszedł, nie była łatwa. Pierwsze wcielenie zespołu Motörhead ani nie dawało gwarancji stabilizacji, ani odpowiedniej jakości przygotowywanej muzyki. Nie o to jednak na początku chodziło. Najważniejsze było, aby szybko wejść do studia, zarejestrować pierwsze nagrania i zaznaczyć swoją...

Pages