Stefan Czerniecki

Stefan Czerniecki
Mimo upływu czasu tych rozmów się nie zapomina. Toczonych przy przygasłych ogniskach. Kiedy nie ma odważnego, by nocą pójść po chrust w las. Albo gdy po prostu żal opuścić przyogniskowy krąg słuchaczy. Bo wówczas można bezpowrotnie stracić finał opowieści. A przecież indiańskich historii lasu nie powtarza się zbyt często. Tego wieczoru szybko nie zasnę. Nie sposób puścić mimo uszu historii opowiadanych przez tego Indianina. Carlos wprawdzie nie mówi zbyt wiele. Prędzej potrzyma swój ukochany ster od pirogi, niż rzuci jakąś zabawną dykteryjkę. Woli ciszę od jazgotu. Podczas naszej codzienności wspólnie przeżywanej w selwie zdarzą się jednak i takie sytuacje, w których powinno być nieco łatwiej o rozmowę. Tu jednak nie ma reguły. Może to być akurat...
Stefan Czerniecki
Wyżej na tym kontynencie wejść się nie da. Wyższego punktu widokowego na tej półkuli nie znajdziemy. Dach latynoskiego świata. „Matka gór” dla Indian. Dla poetów „wypełniająca niebo świetlna boja, gigantyczna i samotna”. Najwyższa góra tej ziemi. Idę coraz wolniej. Najgorsze, że wcale nie odczuwam jakiegoś spadku formy. Mało tego. Gdyby nie fakt, że idąca zwykle kilkadziesiąt metrów za mną koleżanka nagle zaczęła mnie łatwo wyprzedzać niczym bmw malucha, wcale bym się nie zorientował, że coś jest nie tak. Dziwnie mi jakoś… Rozglądam się dookoła. Pięknie. O to mi chodziło. Takie Andy zawsze chciałem zobaczyć. Dzikie, półpustynne, pastelowe. Pejzaże żywcem wyjęte z obrazów Salvadora Dalego. Sinawe, pomarańczowe, brunatne. Takie inne. Z obłymi kształtami wielkich...
Stefan Czerniecki
To po prostu musi tak wyglądać. Tak wybrzmiewać. Dostojne chorały dochodzące z ciemnych murów monastyru. I świeca, którą zapaliła właśnie jedna z pań. Tych opatulonych w czarną chustę na głowie i ramionach. No popatrz tylko. Co za uparty palant!” – Mariusz jest wyraźnie zdenerwowany. Trudno się zresztą dziwić. Od pewnego czasu bezskutecznie próbujemy złapać stopa jadącego z Gruzji do Armenii. Do granic między tymi dwoma państwami zostało już zaledwie 40 kilometrów. Biała wołga, prowadzona przez kierowcę, na którego tak wściekł się mój towarzysz podróży, zawraca po nas kolejny raz. To taksówkarz. Już raz mu podziękowaliśmy za usługę. – Łapiemy auto-stopa! Au-to-sto-pa!” – tłumaczy zdenerwowanym głosem Mariusz. – Spasiba! Dziękujemy! U nas niet diengi...
Stefan Czerniecki
Nieprzyzwoicie tani kurczak w obskurnym barze. Opary dymu na opalonych twarzach mijanych przycupniętych na krawężniku Indianek. I ten późnowieczorny spacer pośród lokalnych mieszkańców. Tak je zapamiętam. Odpoczywa. Rozłożył się na plastikowym krzesełku na zapleczu jego baru. Ricardo dobrze wie, że tylko tutaj może mieć swój azyl. Poza pracującą z nim żoną do tego miejsca nikt nie ma wstępu. Nikt go nie zobaczy. Nikt nie będzie mu zawracał głowy. Przynajmniej teraz. Przez uchylone drzwiczki ewakuacyjne wpada nieco świeżego powietrza do zatęchniętego zaplecza knajpy. Można zapalić papierosa. Nawet jeśli któryś z klientów poczuje zapach tytoniu, najpewniej zrzuci to na ogólny zaduch panujący wewnątrz baru. Ricardo przymyka na chwilę zmęczone oczy. Byle tylko nikt go...
Stefan Czerniecki
Gdy piszę ten tekst, jej pogodne oczy patrzą na mnie z obrazka. Dostałem go od jej córki. Wręczając mi to zdjęcie, szepnęła tylko: „Teraz już wiem, że to nie był przypadek, że do nas przyjechałeś. Rozpowszechnisz historię objawień Naszej Pani z Betanii u siebie w kraju. Żeby w Polsce też wiedzieli, w jak cudowny sposób Matka Boża posłużyła się moją mamą. Jestem pewna, że sobie poradzisz”. Słowo się rzekło. Do dzieła zatem. Akurat tego María raczej się nie spodziewała. Wezwanie do szkoły z powodu córek? Przecież nigdy wcześniej nie mieli z nimi problemów. Podobnie z synem. Nigdy nikt się nie skarżył. Wręcz przeciwnie. Słyszeli pochwały. Dzieci przynosiły ze szkoły dobre oceny. Rodzice mogli być dumni. Dobrze zresztą wiedzieli, że mają w ...

Pages