Stefan Czerniecki

Stefan Czerniecki
Gdy piszę ten tekst, jej pogodne oczy patrzą na mnie z obrazka. Dostałem go od jej córki. Wręczając mi to zdjęcie, szepnęła tylko: „Teraz już wiem, że to nie był przypadek, że do nas przyjechałeś. Rozpowszechnisz historię objawień Naszej Pani z Betanii u siebie w kraju. Żeby w Polsce też wiedzieli, w jak cudowny sposób Matka Boża posłużyła się moją mamą. Jestem pewna, że sobie poradzisz”. Słowo się rzekło. Do dzieła zatem. Akurat tego María raczej się nie spodziewała. Wezwanie do szkoły z powodu córek? Przecież nigdy wcześniej nie mieli z nimi problemów. Podobnie z synem. Nigdy nikt się nie skarżył. Wręcz przeciwnie. Słyszeli pochwały. Dzieci przynosiły ze szkoły dobre oceny. Rodzice mogli być dumni. Dobrze zresztą wiedzieli, że mają w ...
Stefan Czerniecki
– Jakie to tam miasto, pytam? – śmieje się Stan. – Domki jak u nas w letniskowej miejscowości. Wszędzie daleko. A centrum z wieżowcami zajmuje ledwo kilkaset hektarów. Ósma rano. Jacek spokojnym krokiem wychodzi z mieszkania. Nie musi się spieszyć. Do pracy nie ma daleko. Ma być na dziewiątą. Wciąż jednak wstaje wcześniej z przyzwyczajenia. To efekt tych kilku miesięcy, gdy musiał do pracy dojeżdżać komunikacją miejską. Albo rowerem. Teraz, gdy wreszcie kupił samochód, w pracy jest znacznie szybciej. Dobrze, że zaparkował pod drzewem. Palące od rana słońce nie zdążyło jeszcze wyjść z cienia gałęzi. W aucie będzie przyjemniej. I co ważne, wygodnie. Jacek przekręca kluczyk. Silnik zapala od razu. „To rozumiem. Grzeczna furka…” –...
Stefan Czerniecki
Istotę fatimskiego orędzia można dziś streścić w dwóch słowach: pokuta i modlitwa. To pierwsze słowo przywoływany przez Łucję „Anioł z wzniesionym nad ziemią ognistym mieczem” wypowiadał podczas lipcowej wizji aż po trzykroć. Wygląda na to, że tylko w ten sposób możemy uratować siebie i ludzkość. Tutaj w Fatimie jakby o to łatwiej. Nic nie odciąga. Nic nie kusi. Jest czas. To była niedziela 13 maja 1917 r. A zatem równiusieńko 100 lat temu. Nasi bohaterowie – troje dzieci: Łucja, Hiacynta i Franciszek – bawili się w portugalskim Cova da Iria, skrawku ziemi należącym do rodziców Łucji. Ta niedziela była niezwykle słoneczna. O co zresztą nietrudno w Portugalii, gdzie statystycznie w ciągu roku tego typu dni mamy aż trzysta...
Stefan Czerniecki
Północna Norwegia. Archipelag odległej północy. Gdzie noc i dzień polarny tylko się wymieniają. Gdzie spełniają się marzenia. Gdzie odnajdywana jest wiara. – Pan tam nie jedzie! Nie ma sensu! – grzmiał. – Za późno. Bilety już kupione. Trasa wytyczona. Samochód na miejscu zarezerwowany i w połowie opłacony. Nie mogę się wycofać… – tłumaczyłem spokojnie. – Bo wie pan… – Głos w słuchawce jakby na chwilę się zawiesił. – Rozmawiałem przed chwilką z panią Elżbietą. To Polka mieszkająca w Narwik. To jest tuż obok Lofotów, tam gdzie pan tak się uparł lecieć. Mówi, że od kilku tygodni praktycznie nie wychodzi się z domu. Psa z budy by nawet nie wygoniła. Szarówa jest taka, że na kilka metrów ledwo co widać. Nie ma sensu… Żal pańskiej fatygi. Żal...
Stefan Czerniecki
Głęboka selwa pogranicza Panamy i Kolumbii. Z szukającymi tu schronienia kolejnymi grupami zbrojnymi FARC, z narkotycznymi gangami chowającymi się przed prawem. Wreszcie z nielegalnymi imigrantami, którzy w przeprawieniu się przez przesmyk widzą swoją szansę na pomyślne dostanie się do Panamy, Hondurasu, Gwatemali, a następnie Meksyku i może Stanów Zjednoczonych. Witajcie na ziemi niczyjej. Witajcie w Darién. – Dlaczego nie wyszedłeś z autobusu? Mówiłem przecież jasno, prawda? – Musiałem nie usłyszeć, przepraszam… – bronię się, nadal wybudzając umysł z głębokiego snu. – Bierz paszport i zasuwaj mi do kolegi. Czeka już na ciebie na zewnątrz. Mundurowy służbista z Senafrontu (elitarnej jednostki panamskich służb specjalnych...
Stefan Czerniecki
Przepychając się między wydzierającym się na cały głos rosyjskim przewodnikiem, pozującymi do zdjęć Japończykami a cwanie wpychającym się przed szereg kolejki Żydem, docieram wreszcie do celu. Jestem tuż przed. Pode mnę utkwiona w posadzce gwiazda. Wielkości ludzkiej dłoni. To miejsce narodzin. Tutaj Jezus przyszedł na świat. Od pewnego czasu ulica jest zupełnie pusta. Uliczny tłok już za nami. Droga szybkiego ruchu wokół Jerozolimy to już tylko wspomnienie. Jedziemy coraz wolniej, uważnie obserwując to, co za oknem. A widoki wcale nie są budujące. Wszędzie tylko śmieci. Piach i żwir. Gdzieś po prawej stoi opuszczone auto. Już bez koła. Po naszej lewej stronie natomiast ciągnie się wysoki na jakieś cztery metry mur. Szarosina konstrukcja. Nikogo wokół. A...
Stefan Czerniecki
Czarna toyota znika. Znak restauracji McDonald’s zastępuje pustynny krzak. Rośnie dokładnie w tym samym miejscu, co wielki gmach fast fooda. Między półpustynnymi wzgórzami i suchymi mchami. Gdzieniegdzie z piachu wystają usychające badyle. Wąską, rozwrzeszczaną klaksonami, pnącą się stromo w górę ulicę zastępuje jeszcze węższa udeptana ścieżka. Prowadzi do Nazaretu. Możecie tutaj stać. Będę pilnował. – Sympatyczny Arab chyba widzi nasze zakłopotanie. Zresztą, po obrazku, który w tej chwili obserwuję, naprawdę nietrudno o taką konstatację. Oto bowiem przed nim biały przybysz od kilku już chwil uważnie obchodzący swoje auto i rozglądający się, czy na pewno stoi w dozwolonym miejscu. To fakt. Obchodzę krawężnik, sprawdzając, czy nie najechałem na...
Stefan Czerniecki
Większość z jeżdżących tu aut swoje przeglądy techniczne przechodziła w zeszłym stuleciu. Przy cenach za ropę, jakie obowiązują w Iranie (równowartość około 40 groszy za litr benzyny dla taksówkarzy i około 70 groszy dla pozostałych kierowców) nie potrzeba już wiele, aby kolejne miliony silników ruszyły w trasę. W Teheranie naprawdę ciężko oddychać. Na pierwszy rzut oka naprawdę trudno zorientować się, czy ona się uśmiecha. Czy czasem jej zęby nie układają się w złowieszczy kształt? A może ona po prostu taka jest? Może tak właśnie wedle wyobraźni rysownika wygląda śmierć? Z wychudzoną twarzą, głębokimi oczodołami, pustym, nic niemówiącym wzrokiem. Ta tutaj przybiera w dodatku znaną postać smukłej, dostojnej kobiety trzymającej w...
Stefan Czerniecki
Tętent końskich kopyt. Co za szczęście, że chociaż one są trzeźwe. Jeden z uczestników już po kilku pierwszych kłusach swojego wierzchowca obsuwa się na bok. W tej pozycji pojedzie najwyżej jeszcze kilka metrów. Wreszcie spada. Jest na tyle blisko startu, że zapewne zaraz podbiegną do niego bliscy. Ci sami, którzy wspólnymi siłami usadowili pijanego krewnego w siodle. Teraz znów się udaje. Klepnięcie otwartą dłonią w zad konia i można jechać dalej. – Deeees... despertarse! – odgłos jego gardłowego barytonu przenika przestrzeń wąskiej szutrowej uliczki. Na próżno. Leżący na ziemi mężczyzna najwyraźniej i tak nic nie słyszy. O tym, że żyje, świadczy jedynie wydobywający się spod niego pochrapujący pomruk. – Despertarse! – ponownie wydziera się starszy...
Stefan Czerniecki
Zrobienie przeglądu prasy latynoskiej z wakacji, które nie tak dawno się skończyły, nie mogło mieć innego finału. Zwłaszcza że podczas tych wolnych dni miało miejsce wydarzenie, które zajmowało przez miesiąc uwagę całego świata. Igrzyska olimpijskie na latynoskim kontynencie. Choć w tych dniach to zmagania najlepszych zawodników świata najbardziej przykuwały uwagę opinii publicznej, prasa latynoska nie zajmowała się wyłącznie tematem sportowej rywalizacji. Zwróciła uwagę na zupełnie inne problemy niż rekordy świata na bieżni czy torze pływackim. Pekin 2008 – to było coś Eduardo J. Castelao pisał w hiszpańskojęzycznym „El Mundo”: „Scena w posuwającej się bardzo wolno, liczącej około tysiąca osób kolejce: – Dzień dobry. Można prosić butelkę wody? – Tak, mamy jeszcze kilka. 8 reali (...
Stefan Czerniecki
Sami Włosi mówią na Półwysep Gargano „ostroga Italii”. Ktoś mógłby dodać – „Boska ostroga”. To bowiem niezwykle ciekawe, że właśnie w okolicy tejże ostrogi Opatrzność skomasowała aż tak wielką liczbę niezwykłości. Chustę z Manoppello, objawienia Michała Archanioła, cud eucharystyczny w Lanciano. Czy wreszcie historię życia pewnego Włocha... Jest lato 1887 r. Włoska mieścina na wschodzie Półwyspu Apenińskiego. Na mapach widoczna jako Pietrelcina. Maleńka, nieznana światu. Zamieszkana przez 3 tys. ludzi. Może nawet i mniej. W większości ubogich chłopów. Rolników, pasterzy. I kilku drobnych rzemieślników. Ludzi zamieszkujących szarokamienne wąskie domki przylepione do wielkiej stromej skały. Ta zaś wznosi się z początku łagodnie, by w części szczytowej, nabrawszy stromości, nagle, niczym...
Stefan Czerniecki
Leśna chatka zlokalizowana jest w osadzie Kasap. Dotarliśmy tutaj po całodziennej jeździe po papuaskim interiorze. Wąska asfaltowa nitka wbijała się klinem pomiędzy bujne lasy, zielone pagóry i wyrastające nie wiadomo skąd słomiano-gliniaste chatki. Skrzypiące miarowe łkanie dochodzi z samego dołu naszej chatki. W papuaskim buszu powoli dogasa kolejny słoneczny dzień. Świadczą o tym chociażby świdrujące powietrze dziwne odgłosy lasu. Nie ma tu tak swojsko brzmiących dźwięków świerszczy. Są za to jakieś inne. Mniej znane. Mniej oswojone. Teraz wszystko to w zestawieniu z miarowym, systematycznie słyszalnym skrzypem z dołu naszej chatki przybiera nowy wymiar. Dopełnienie egzotyki. Tej papuaskiej. Najbardziej rdzennej. – Bogdan, ty musisz jeszcze...
Stefan Czerniecki
Kilkuset ludzi cierpliwie okupuje graniczne bramki. Nie próbuje sforsować ich na siłę, a spokojnie czeka na swoją kolej. Nastrój wyczekiwania. Podwyższonego napięcia. Dokoła kilku uzbrojonych żołnierzy, kilku pograniczników. Nie, to nie zdjęcie afrykańskich uchodźców przemieszczających się z kraju do kraju w ucieczce przed wojną. To granica Kolumbii z Wenezuelą. To musiało się tak skończyć. Jak podają już nie tylko latynoskie, lecz także światowe media, mający serdecznie dość braku produktów pierwszej potrzeby w rodzimych sklepach Wenezuelczycy postanowili szukać ich… za pobliską granicą. W sąsiedniej Kolumbii. I nie byłoby może w tym nic trudnego – jeżdżenie na zakupy z Argentyny do Paragwaju czy z Peru do Boliwii przestało już...
Stefan Czerniecki
Może to i nierealne, ale mam dziwne wrażenie, że te wyziewy wiatru, ten smak patagońskiego chłodu bijącego od sinych ścian turni Torres del Paine – że to wszystko da się jednak jakoś utrwalić. Może choćby na kartach tego reportażu. To był wtorek. Trzeci dzień stycznia 2012 r., około godziny 18.00. Rotem Singer poczuł potrzebę. Zabrał ze sobą rolkę papieru toaletowego i udał się na stronę. W parku przygotowano na tego typu sytuacje specjalne sławojki. Rotem skorzystał z jednej z nich. Stała w cieniu zielonych krzaków i karłowatych patagońskich buków. Gdy wychodził, zobaczył zbliżające się dwie koleżanki. Chcąc zaimponować dziewczynom, podpalił fragment trzymanego w dłoni papieru toaletowego. Szybko go jednak ugasił, przyciskając nogą do ziemi...
Stefan Czerniecki
O tym, że w sklepach w Caracas brakuje już cukru, a woda jest stukrotnie droższa od benzyny, już kiedyś było w tej rubryce. Podobnie jak o tym, że w całej Wenezueli coraz częściej brakuje prądu, klientom sklepów racjonowane są niektóre produkty, a na ulicach pojawia się coraz więcej niezadowolonych. Jednak do tej pory w depeszach agencyjnych nie pojawiały się informacje o tym, że w kraju coraz częściej łupem Wenezuelczyków padają bezdomne psy czy gołębie. Ludzie łapią je z głodu. A taką właśnie informację podał choćby angielskojęzyczny portal townhall.com. Autor tekstu pt. „Dystopia” Matt Vespa pisze m.in.: „Socjalizm nie potrafił zapewnić jedzenia swoim rodakom. Wenezuelczycy zaczęli więc masowe polowania na psy, koty i ...

Pages