Retrospekcje

Ten tekst jest jak manifest, nie da się go czytać spokojnie, bo pisze go wściekłość i geniusz zarazem. Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy ci, którzy po poetyckim debiucie 21-letniego Jana Lechonia z 1920 roku dostrzegli w nim nowego Juliusza Słowackiego, mieli dobry poetycki słuch, powinni przeczytać ten pisany prozą artykuł 49-letniego Lechonia napisany w 1948 roku na wygnaniu. „Dzisiaj Warszawa jest kupą gruzów, miejscem niewoli i hańby, jakiej dotąd nie zaznała w historii. Wielki książę Konstanty, tłukący się jak dziki zwierz po pokojach Belwederu, nie był taką zniewagą dla narodu polskiego, jak ów wyrodek polskości, który dzisiaj w tych murach podpisuje rozkazy wroga, mające zniszczyć nasz naród, zrównać go z moskiewską dziczą” – pisze Lechoń. I zwraca się do nas, w roku 2020, prorokując niczym Słowacki: „Ktoś podniesie ją z gruzów niewoli, z pyłu hańby – kościoły, gdzieśmy się chrzcili, ogrody, po których snuliśmy się zakochani, sale naszej nauki”. Są w tych słowach świeżość, błyskotliwość i energia Lechonia, jakby znowu był 20-latkiem, piszącym wiersz „Piłsudski”, najlepszy wiersz tamtego czasu z tomiku „Karmazynowy poemat”. Lechoń chciał napisać na wygnaniu książkę „Warszawa niepodległa”. Nie napisał jej, tak jak pewnie nie powstało wiele jego dzieł poetyckich, które przy jego gigantycznym potencjale mogły być lepsze od romantycznych wieszczów. Nie psychologizujmy jednak nadmiernie, co często zdarza się polonistom o Lechoniu piszącym, i nie narzekajmy nad
13%
pozostało do przeczytania: 87%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@www.panstwo.net

W tym numerze