Retrospekcje

Przypominamy dziś dwa teksty Zbigniewa Herberta, które poeta napisał w czasie prezydentury Lecha Wałęsy i dzięki którym można odtworzyć atmosferę pierwszej połowy lat 90. Czasu, gdy Polacy, początkowo radośnie witający upadek komunizmu, przekonywali się, że zamiast niepodległego państwa powstaje postkomunistyczna hybryda.

Wrażliwość Herberta spowodowała, że należał on do pierwszych, którzy zrozumieli przerażającą skalę kłamstwa i obłudy w nowym systemie. Głos Księcia Poetów był wtedy słabo słyszany, bo nie było Internetu, gdzie tysiące Polaków mogłyby „polubić” jego słowa, odnajdując w nich uczucia kiełkujące także w nich samych. Oba teksty – felieton o Wojciechu Jaruzelskim i list do Lecha Wałęsy w sprawie pułkownika Ryszarda Kuklińskiego – ukazały się na łamach „Tygodnika Solidarność” w 1994 r.
  Zbigniew Herbert Generał
Na liście cnót Generała brak tylko jednej – odwagi. Jest to mankament bolesny, dojmujący, poważny i trudno po prostu dać sobie z tym radę. Bo przecież, mówiąc brutalnie, generał musi być odważny, za to mu płacą.

Jeśli u nas mówi się Generał, to wiadomo, że nie chodzi o Pożogę, Moczara czy innych, ale o Wojciecha Jaruzelskiego. Jest więc on czymś w rodzaju generała generałów, najrówniejszy z równych. W czasie stanu wojennego powtarzano wiadomość, że naród pragnie mu dać buławę marszałkowską, ale on jej przyjąć nie chce. Wpiszmy więc na listę jego zalet pierwszą cnotę, tj. skromność. Istotnie, nikt nie widział go pędzącego na koniu przez Krakowskie Przedmieście, głucho także o jego fantazjach erotycznych czy alkoholowych. Generał przemawia poprawną, trochę bezbarwną polszczyzną, co przekreśla zarzut, że jest Rosjaninem w polskim mundurze.
Po dokonaniu kilku historycznych czynów, jak zdławienie antykomunistycznego ruchu oporu po 1945 r., wykonanie rozkazu strzelania do robotników na Wybrzeżu w 1970 r. czy wreszcie ów nieszczęsny stan wojenny – nie wycofał...
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: