Dwa profile Jana Lechonia

Była to jedna z najświetniejszych, najbardziej zuchwałych, najbardziej ryzykanckich inteligencji swego pokolenia. Był to mózg wspaniały, eksplodujący nieustannie, umysł niebywale chwytny i odkrywczy, przenikliwy, absolutnie niezależny, ale też wyzywający i przekorny, nieraz stający i stawiający wszystko na głowie, nicujący, obracający wszystko wniwecz. Urzekał swoim oślepiającym iskrzeniem się jak ognie św. Elma. Pamiętam naszą pierwszą rozmowę na avenue de Tokio. Siedząc naprzeciwko mnie, powiewając zbyt długimi, pajęczo cienkimi kończynami, podobny do kukły Puncha, śpiewał Lechoń wysokim falsetem, poprzez który raz po raz przełamywał się szatański rechot – popisową, oszołamiającą arię. Oczywiście wiedział wszystko, co się działo w Paryżu, wiedział także, co się działo w kulisach i za kulisami w Warszawie. O wszystkim miał własne zdanie, zaskakujące, odmienne niż wszyscy. […] Ta olśniewająca inteligencja, związany z nią dar błyskotliwej rozmowy i twórczy dowcip przeszły zwycięską próbę nie w Warszawie, ale właśnie w Paryżu. Lechoń przyjechał tam z zupełną nieznajomością francuszczyzny. Niespodziany handicap stanowiło to, że jego pseudonim literacki, wywodzący się jakby ze Słowackiego, bliski duchowi „Lilii Wenedy”, po francusku przybierał brzmienie wulgarnego, ulicznego wyzwiska. Lechoń zdołał to wszystko przezwyciężyć. Zadomowił się w tej towarzyskiej i literackiej dżungli jak na półpiętrze „Ziemiańskiej”. Potrafił zainteresować sobą, pozyskać wszystkich,
     
37%
pozostało do przeczytania: 63%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze