Sprawa ukraińska. Madryt, w grudniu 1947

Poprzednie miesięczniki

Nie rozumiano w Warszawie, jakże więc miano rozumieć we Lwowie, że nacjonalizm to tylko podstawa, punkt wyjścia, że nie wystarczy powiedzieć: „Kocham Polskę” czy „Kocham Ukrainę” – aby nabyć prawa do istnienia historycznego. Historii, jak kobiecie, trzeba zaimponować, aby ją zdobyć. Kłótnią o halicko-wołyńskie podwórko nikomu się na świecie nie zaimponuje. […] Jeśli oba narody zechcą nadal szermować nacjonalizmem etnograficznym, opartym na pierwiastkach biologicznych, nie będą w stanie uczynić ani jednego kroku naprzód. Co tu pomoże etnografia, gdy na naszych oczach Lwów staje się miastem moskiewsko-mongolskim, a kto wie, czy za lat kilka nie podzieli tego losu cała Ziemia Czerwieńska. Daj wtedy, Boże, zdrowie tym wszystkim, co wołają nieprzejednani, jedni: „Małopolska Wschodnia!”, drudzy: „Hałyczyna!”. Po tragedii wrześniowej wydawało się, że nastąpi wreszcie jakieś porozumienie, ale właściwa chwila została zmarnowana i po upływie siedmiu przeszło lat znowu stoimy z pustymi rękami. Zawodowi uczuciowcy dotąd jeszcze nie potrafili wpaść na pomysł, że my wszyscy, którzyśmy znaleźli się w worku sowieckim, nie możemy sobie pozwolić na luksus całkowicie niezależnego działania, że nie możemy podstawiać żabich nóżek do kucia każde z osobna, że koordynacja wszelkich wysiłków jest zasadniczym warunkiem skuteczności. Jak dotychczas, antyrosyjska propaganda polska i ukraińska włażą sobie w paradę na każdym kroku, częstokroć osiągając rezultaty wręcz przeciwne od zamierzonych. Ale cóż
13%
pozostało do przeczytania: 87%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@www.panstwo.net

W tym numerze