Wydrukowano dnia: 29/08/2014 - 11:58

LUTY 2010

Problemy z sądownictwem są w dzisiejszym świecie jednymi z najważniejszych. W pełni rodzi się już sądokracja, uzurpująca sobie prerogatywy, które przynależne były dotąd innym gałęziom władzy. Lub po prostu były domeną swobodnych decyzji obywateli. Jest ona, paradoksalnie, bodaj największym zagrożeniem dla normalnej, tradycyjnej wolności. Ma formę dyktatorską. Wkracza w coraz nowe dziedziny życia. Prawo, jako takie, jest dla niej pretekstem, wymówką. Nie dotyczy to tylko trybunałów międzynarodowych, europejskich, chociaż ich ponadnarodowa, bezapelacyjna władza jest na pewno niebezpieczna najbardziej. Zwłaszcza dla nas.
Polska znajduje się w szczególnej sytuacji. Postkomunistycznej. Ale krytyka (słuszna) wyłącznie braku obiektywizmu sądów, ich oportunizmu, tj. bezwstydnego wspierania aktualnej władzy, to ocena bardzo niepełna. Zwłaszcza gdy spróbujemy spojrzeć w przyszłość. Owszem, ta nieodkomunizowana kasta wydaje często kuriozalne wyroki, bo z własnych powodów nie chce dopuścić do nadmiernego zajmowania się przeszłością. Dlatego również często wysługuje się takim władzom, które tę niechęć do autentycznego rozliczenia przeszłości podzielają. Podtrzymuje w dużej mierze kontynuację PRL, a już na pewno „ducha Okrągłego Stołu”.

Ale czasem formułowana tęsknota za naprawdę niezawisłymi sądami, sędziami, którzy niezależnie, obiektywnie interpretują prawo i są jak powinny, zaledwie arbitrami konstytucyjnymi, to dziś anachronizm.

Nawet nie licząc wspomnianych trybunałów i biorąc poprawkę na specyfikę różnych krajów, gros sędziów (i sądów) „zachodnich” jest ideologicznie podobna do polskich kolegów. Ostatecznie wywodzą się z tej samej ideowo-światopoglądowej grupy, co większość akademików czy też ludzi mediów. Nie tylko opowiadają się, ale dekretują, nadzorują, zarządzają wszystkimi przejawami współczesnych szaleństw. Propagują, ukazowo, wszelkie absurdy poprawności politycznej, aktualną modę, podżyrowują dominację relatywistyczno- nihilistycznych prądów.

Więcej, to właśnie ludzie w togach uznali, że ich zadaniem jest nie tyle interpretowanie prawa, co narzucanie obywatelom, często nawet niezgodnie z konstytucyjnymi reprezentantami innych gałęzi władz, swego dyktatu, także w sprawach, które powinny leżeć całkowicie poza jurysdykcją jakichkolwiek sądów. Można nawet powiedzieć, że nie mamy już do czynienia z sędziami, ale dyktatorami forsującymi swe poglądy w przeróżnych sferach życiowych, społecznych, kulturalnych, cywilizacyjnych. Z ludźmi, którzy stwierdzili, że ich zadaniem jest odpowiednie, słuszne podług nich, urządzenie świata. Tradycyjne rozumienie prawa zeszło na plan dalszy. A sądownictwo nie powinno zastępować socjologii, psychologii, towarzystw dobroczynnych, nosicieli, po swojemu rozumianej „sprawiedliwości społecznej”, radykalnego egalitaryzmu, a także - ustawodawców. Sędziowie zaś absolutnie nie mają prawa (by użyć gry słów) wymyślać nowych „praw”, uprawnień dla kogokolwiek.

Zaczęło się to już dekady temu w Ameryce (przykłady są wielce drastyczne), ale stopniowo opanowało cały nasz świat. Nic innego, jak właśnie sądy, stoją za triumfami najbardziej destrukcyjnych, oszalałych „-izmów” naszej epoki. To ich decyzje spowodowały wojny kulturowe (które, póki co, jeszcze nie w pełni do nas dotarły). A chodzi o osoby, w ostatecznym rachunku, niekontrolowane, nie nadzorowane, nie mitygowane. Będące kimś na podobieństwo współczesnych monarchów, którzy uznali, że są władni ukształtować „nowy świat”. Że są jakąś nadwładzą. Nie mającą pilnować prawa, interpretować go, ale usiłującą usunąć wszystkie, ich zdaniem, bolączki będące niezmiennymi elementami kondycji ludzkiej.

Temat to ogromny, o niezwykle bogatej literaturze specjalistycznej. Ale, zostawiając na boku takie sprawy jak wtrącanie się w sferę prywatności (np. prawa rodziców) czy „filozofię” dobrotliwości wobec przestępców, najbardziej widoczne jest oczywiście zupełnie dowolne tworzenie stale nowych, często nonsensownych „praw człowieka”. I następnie nakaz uznawania, afirmowania tych przywilejów. Burzących nie tylko istniejący przez dziesięciolecia system moralny czy społeczny, ale też prawny.

W wielkiej mierze to właśnie juryści (co jest rzadko dostrzegane) dokonali już na tych polach ogromnych spustoszeń. Zwiększyła się znacznie przestępczość. Obsceniczność i wulgarność bez granic zostały uznane za przejaw podstawowych „swobód obywatelskich”. Dyscyplina w szkołach praktycznie zanikła. Coś tak wartościowego, jak perwersja najrozmaitszego typu jest prawnie afirmowana, za to dziedziny mniej istotne, jak np. chrześcijaństwo, podlegają skrajnej dyskryminacji. Wyliczanie podobnych osiągnięć można by jeszcze długo kontynuować.

Tak więc, brak obiektywizmu w stosunku do istniejących dziś w Polsce podmiotów politycznych to problem istotny, ale doraźny, powierzchowny, wielce niepełny.

Warto przygotować się na czas, gdy wyposażone w przeróżne karty i nowe uprawnienia trybunały, których orzeczeniom jesteśmy podporządkowani (oraz ich krajowi koledzy, którzy na razie tylko się wprawiają), zabiorą się na dobre, w pełni, drastycznie za ograniczanie naszych podstawowych wolności, także całkiem osobistych. Z pewnością nie będziemy długo na to czekać.


28/02/2010 - 01:00
Jacek Kwieciński
Ukosem
Numer 2 (48)/2010
http://www.panstwo.net/90-luty-2010
Całość utworów jak i ich żadna część opublikowana na portalu panstwo.net nie może być powielana i rozpowszechniania dalej w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób, w tym także zamieszczana w Internecie - bez zgody Słowo Niezależne sp. z o.o.