Wydrukowano dnia: 27/11/2014 - 03:27

Z nocnej szafki

Po wakacyjnej przerwie na mojej nocnej szafce przybyło tytułów, choć trudno znaleźć wśród nich dzieła powalające na kolana. Jest tu Rossa Macdonalda „Spotkamy się w kostnicy”, całkiem przyzwoicie opowiedziany kryminał z wczesnych lat 50. Tyle że Macdonald to taki gorszy Chandler, a i Chandler dzisiaj trąci myszką. Nie ma już tamtej Ameryki, tamtych detektywów i przestępców. Świat stał się jeszcze mroczniejszy, zbrodnia bardziej parszywa. Standardy wytycza Milczenie owiec czy American psycho. Nadto, biorąc do ręki stary kryminał, nie sposób pozbyć się wrażenia, że już to gdzieś czytaliśmy, słyszeliśmy. Porwane dziecko, okup który przepada, kolejni podejrzani, trupy. Zagadka niewielka, efektów specjalnych brak, drastycznością szczegółów nie zgorszy się gimnazjalistka ze szkoły prowadzonej przez zakonnice. A klimat – jak na blednącej kliszy uciekający krajobraz lat 50., pustawych zakurzonych dróg, czarno-białej telewizji, tanich hoteli i starych samochodów, jakie dziś można spotkać już tylko na Kubie. Trochę mało.
Robin Cook (nie mylić z szefem brytyjskiego MSZ) jest autorem całkiem przyzwoitych thrillerów medycznych. Po książce „Sfinks”, której akcja rozgrywa się w Egipcie wśród piramid, grobowców, badaczy i złodziei starożytności, spodziewałem się niezłej zagadki toksykologicznej. Zwłaszcza, że punktem wyjścia jest odkrycie w roku 1922 przez Howarda Cartera i lorda Carnarvona grobowca Tutankhamona. Fakt ten obrósł licznymi mitami, podobnie jak seria zagadkowych zgonów w szeregach odkrywców, co dało początek legendzie o klątwie faraona. Wśród licznych prób wyjaśnień „czarnej passy” były i takie, które mówiły o bakteriach lub grzybach uwięzionych w grobowcu przez 40 wieków. Nawiasem mówiąc, my doczekaliśmy się podobnej legendy – dotyczącej grobowca Kazimierza Jagiellończyka w Katedrze Wawelskiej. Wszyscy, którzy badali zawartość sarkofagu z płytą Wita Stwosza, wkrótce umarli. Z jednym wyjątkiem – krakowskiego metropolity Karola Wojtyły.

Cook nie korzysta w powieści ze swej lekarskiej erudycji. Amerykanka Eryka Baron, poszukująca współcześnie grobowca faraona
Setiego I, przeżywa przygody w stylu Indiany Jonesa, w tym ognisty romans z tajemniczym playboyem globtrotterem. Trup ściele się gęsto, na planie pojawiają się jadowite kobry, tajemne przejścia, najemni mordercy i tajni opiekunowie. Jednak nie ma żadnej wielkiej tajemnicy, zdarzeń nadprzyrodzonych lub oryginalnych interpretacji, a jedynie parę odwiecznych cech ludzkich: chciwość, bezwzględność, żądze i zmowa. Książkę czyta się łatwo i jeszcze łatwiej o niej zapomina.

Są ludzie, którzy wierzą, że prawdziwa sztuczna inteligencja jest kwestią niedalekiej przyszłości, że rychło pojawią się komputery zdolne samodzielnie myśleć, wartościować, doznawać uczuć. Nie trzeba być szczególnie pomysłowym, aby wyobrazić sobie moment, że taki superkomputer podłączony do sieci może przejąć władzę nad światem, niekoniecznie dla dobra ludzkości. Pomysł nie nowy, kilkadziesiąt lat temu pisał o tym Ray Bradbury. Walkę człowieka z komputerem porywająco pokazał w Odysei Kosmicznej Stanley Kubrick, można więc powiedzieć, że jeśli idzie o pomysł, „Gra w Boga” Grega Ilesa jest powieścią wtórną. Stosunkowo najlepsze jest zawiązanie intrygi. Jeden z naukowców związanych z projektem „Święta Trójca” dostaje przesyłkę od kolegi, jeszcze bardziej niż on tkwiącego w programie. Kolega ów odkrył coś niepokojącego i zaraz potem zmarł na udar mózgu. Akcja rozkręca się dość łatwo, przekracza kolejne szczeble nieprawdopodobieństwa – w końcu stawką staje się wojna nuklearna i przetrwanie ludzkości (oprócz superkomputera jest jeszcze jego twórca, szalony naukowiec – jakżeby inaczej). Sceny końcowe, a zwłaszcza rozmowy psychotereapeutyczne z superkomputerem, biją rekordy bzdury, a emocje psuje świadomość, że doskonale wiemy, jak to się wszystko skończy. Świat ocaleje, a główni bohaterowie przeżyją nawet wybuch nuklearny. Bzdura na mikroprocesorach!

Jeśli komuś jeszcze za mało strachu, polecam „Apokalipsę” – najnowszą powieść nierównego, choć momentami znakomitego Deana Koontza. Sam pomysł szczególnie odkrywczy nie jest – inwazja kosmitów znana jest od czasu Wojny światów Wellsa, w tym przypadku novum stanowi użycie broni meteorologicznej (w postaci deszczu) oraz eliminacja ludzi poprzez znikanie (konkretnie wyfruwanie z mieszkań). Naciągnięta wydaje się też filozofia powieści, agresja jest poniekąd karą, spotykającą ludzkość za odejście od wartości. Nieprzypadkowo od zagłady ocaleją wyłącznie dzieci niewinne i ci z dorosłych, którzy chcąc je ratować, poświęcają własne życie. Jeśli powieść broni się, to dzięki umiejętnemu budowaniu grozy, szczególnie w części początkowej: samotny dom w górach, deszcz, panika wśród dzikich zwierząt, wreszcie wyłaniający się z wolna obraz ogólnoświatowej zagłady, relacjonowany przez coraz gorzej działającą telewizję. Symptomatyczne, że kanały administrowane przez komputery – stare filmy, kreskówki dla dzieci czy porno idą aż do końca. Podobnie reklamy. W sumie mimo licznych niekonsekwencji jest to książka do przeczytania podczas jednego długiego jesiennego wieczoru.

Na tym tle „Powrót Wolanda”, powieść zmarłego w 1998 r. pisarza rosyjskiego Witalija Ruczynskiego, wypada nadzwyczaj korzystnie. Nie jest to bowiem prosta kontynuacja bułhakowskiego Mistrza i Małgorzaty – podobne próby, że wspomnę sequele Przeminęło z wiatrem czy Trylogii poniosły spektakularne porażki. Zamysł autora broni się, ponieważ jest to ciąg dalszy potraktowany nie do końca serio. Mimo dość wiernej imitacji stylistycznej, książkę cechuje mocny ładunek współczesnej satyry. Woland i jego diabelska świta przybywają do Moskwy ogarniętej pieriestrojką, Moskwy, w której stare widma tracą moc, a pojawiają się nowe potwory na miarę nowych czasów. Woland & co. wywoła, jak podczas swej poprzedniej bytności, spore zamieszanie, przyczyniając się do klęski puczu Janajewa i zwycięstwa kapitalizmu w ZSRR. Ruczinski wierny Bułhakowowi nie stroni od pomysłów rodem z innych powieści mistrza – drapieżny, zmodyfikowany genetycznie królik, którego ugryzienie wyzwala w ludziach niepohamowane dążenie do prawdy (kapitalny obraz narady na Kremlu), maszyna do produkcji pieniędzy, czy tunel czasoprzestrzenny, którym do współczesnej Moskwy trafia zrewoltowany tłum z rewolucji bolszewickiej to tylko część fantastycznych pomysłów, od których skrzy się ta książka. Dla mnie, miłośnika Mistrza i Małgorzaty, brak trochę wątku biblijnego, ale jaki wątek pasowałby do współczesnych czasów, kiedy głównym problemem pisarza nie jest już gra z cenzurą, ale stała próba utrzymania się na wzburzonych falach wolnego rynku.



17/10/2006 - 23:03
Marcin Wolski
Kultura
8/2006 NGP
http://www.panstwo.net/688-z-nocnej-szafki
Całość utworów jak i ich żadna część opublikowana na portalu panstwo.net nie może być powielana i rozpowszechniania dalej w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób, w tym także zamieszczana w Internecie - bez zgody Słowo Niezależne sp. z o.o.