Loża Oldboya

Jacek Kwieciński
Popatrzmy, jak wiele, różnie motywowanych środowisk jest tu zaangażowanych: ci, podług których Ameryka jest rządzona przez Żydów, ci nadmiernie a bezkrytycznie rozkochani w Unii, która ma być dla nas alternatywą wobec USA we wszystkich wymiarach, ci – zerkający na Wschód, ci – dotknięci chorobą fundamentalistycznego antyamerykanizmu, stanowiącego współczesną odmianę antysemityzmu. Lewica, która powróciła do swego tradycyjnego nastawienia. Wreszcie ci, którzy chcą płynąć z prądem, a wiadomo, jaki stosunek do Ameryki winien dziś cechować każdego rozumnego Europejczyka. Wszystkim zaś chodzi o to, aby Polacy, w przyśpieszonym tempie, porzucili resztki zawsze cechującego ich sentymentu do Ameryki i dostosowali się do obowiązującej mody. Zawsze byłem bezwstydnie proamerykański (krytykując...
Jacek Kwieciński
Wygrał m.in. z najlepszym, moim zdaniem, graczem w dziejach tego sportu Australijczykiem Kenem Rosewallem, o którym będzie jeszcze mowa. Skoneckiego przywrócono do łask, owszem, ale wielkich artykułów ukazujących całość jego dokonań – nie było. Za to ja pozbierałem zewsząd szczątkowe informacje i opisałem je w „dzienniczku prasowym”, jaki polecono nam w szkole prowadzić – zamiast najnowszych, imponujących statystyk w przetopie surówki. Skonecki nie imponował ani serwisem, ani siłą uderzeń, ale jego umiejętności techniczne były niezwykłej miary. Ludzie to wiedzieli, pamiętali. Wróciliśmy do gry w Pucharze Davisa i były to w Warszawie doprawdy wielkie wydarzenia. Mecz z Chile na Torwarze (korty Legii w remoncie). Skonecki walczy z 10 tenisistą świata, Ayalą. Jego gra mogła doprowadzić do...
Jacek Kwieciński
Wspomnień, czasem dość barwnych, jeszcze wiele. A wspominki to ostatecznie przywilej oldboya. Jeśli komuś wydadzą się nudziarstwem, to przynajmniej nie politycznym. A to już coś. Weźmy Olimpiadę w Melbourne z roku 1956. Najnowsze wieści z niej docierały do mnie na ulicy. Dosłownie. Był to czas szczególny, igrzyska odbywały się niemal zaraz po październiku 1956. Wielce popularna wtedy w Warszawie popołudniówka „Express Wieczorny”, chcąc pokazać, jak się u nas zmieniło, przywróciła przedwojenną instytucję – ulicznych gazeciarzy. Każdego dnia w ruchliwych punktach miasta można było zdobyć późnym popołudniem specjalny dodatek olimpijski. Mieszkałem wtedy na warszawskiej Pradze. Jechałem do jej centrum, kupowałem od chłopca to 4-stronicowe wydanie i długo kręcąc się po ulicach – studiowałem...
Jacek Kwieciński
Jednak troski M. Łętowskiego, jakoby system polityczny w naszym kraju może przez to ulec „transformacji w jakąś kolejną postkomunistyczną i wschodnią odmianę”, nie tylko nie podzielam, lecz wręcz nie rozumiem. W postkomunizmie w wielu dziedzinach wciąż tkwimy. Czy autor sugeruje, że PiS może ten stan pogłębić? Sugestia to raczej nieprawdopodobna, jako że Jarosław Kaczyński zapowiedział wydostanie się z postkomunizmu. Oczywiście może mu się nie powieść, ale nie jest Wałęsą i zmiany kursu o 180 stopni raczej trudno od niego oczekiwać. Ale ad rem. Zdaję sobie sprawę, że mogę się powtarzać, chociaż postaram się przedstawić problem nieco inaczej, niż robiłem to uprzednio. Problem ogromnie ważny, a u nas niezmiennie lekceważony, zwłaszcza na rzecz bieżącej polityki. U Macieja Łętowskiego...
Jacek Kwieciński
O tym, w jak wielkim stopniu było to możliwe, niech świadczy fakt, że kompletnie nic z tego nie pamiętam – tylko czysty sport. Bo kibicem byłem ogromnym. Nawet w najgorszych czasach (potem reżim otworzył się w tej dziedzinie dość szeroko na świat i fundował nam „igrzyska” w sensie dosłownym). Niezmiernie dużo właśnie z tej błahej dziedziny pamiętam. Bardzo żywo.  Z pewnością nie zdołam oddać klimatu tego czasu, zwłaszcza jego początku. Bo poza aspektem politycznym (tak zakłamującym wszystkie inne rozrywki) były to też czasy bez telewizji. Czy można się dziwić, że na zawodach, i to w rozmaitych dyscyplinach, trybuny pękały w szwach? Były nieco odmienne od dzisiejszych. Toporne, pełne ubogo ubranych ludzi. Panowało na nich braterstwo kibiców pogrążonych wyłącznie w sportowych...
Jacek Kwieciński
Mało w życiu osiągnąłem, niczym się nie odznaczyłem, ale jestem swej rodzinie niesłychanie wdzięczny. Mamie, dziadkom – za ideały, jakie pozostawili po sobie (idąc na prawie 11 lat do więzienia – Ojciec). To dzięki nim nikt i nic nie zdołało mnie wytresować, nigdy nie zmieniłem poglądów, żadnych „przełomów” przechodzić nie musiałem. Sam wobec siebie zachowałem twarz. Tylko tyle. Ale warto było. Cena, jaką zapłaciłem – życie jakby obok rzeczywistości, nawet niestaranie się, by robić jakąś karierę, zmarnowane możliwości – ma dla mnie znaczenie wtórne. Takie były warunki, tak było trzeba. Wierność sobie była zawsze dla mnie wartością samą w sobie, wartą każdej ceny. Zapłaciło ją bardzo wielu Polaków.  Rodzice Chyba me najwcześniejsze w ogóle wspomnienie wiąże się z jakimś krótkim...
Jacek Kwieciński
Społeczeństwo aktywne Jeden z amerykańskich autorów stwierdza, że o wyniku tamtejszych wyborów w 2004 r. zadecydował ogromny, wielomilionowy, oddolny ruch zwykłych ludzi, którzy bezinteresownie kierowani siłą własnych przekonań, włączyli się w proces polityczny. Przed wyborami powstała wielka armia ochotnicza. Wydawałoby się, że samozwańcze elity, operujące bez ustanku hasłami typu: „Władza dla ludu” („Power to the People”), powinny być tą masową aktywnością obywatelską zachwycone. Ale czemuś nie były. Przeciwnie, jej efekty bardzo im się nie spodobały, wywołały histerię, wręcz oburzenie. I lawinę rozważań na temat skąd się wzięła taka niesforność. Jakiś czas temu nie skrywający swych sympatii czytelnik napisał mi o polskich wyborach roku 2005: „Podstawową przyczyną sukcesu był,...
Jacek Kwieciński
Pierwsza ma formę oporu stawianego jeszcze (na szczęście) zakusom budowniczych nowej utopii politycznej, którzy choć poczynili już wiele szkód, niestrudzenie dążą do ich zmaksymalizowania. Czują się oni w obowiązku „wyzwolić” już nie proletariat, ale zgoła wszystkich, wszędzie. Obalić tradycyjny porządek z jego elementarnymi normami i stworzyć tym razem już absolutnie idealny świat. Batalia druga to wstępne potyczki w obronnej bitwie cywilizacyjnej z agresywnym, zaborczym islamem. Każdy upływający dzień wskazuje, że owo zderzenie cywilizacyjne jest nieuchronne. Znaczenia tego, jak się ta batalia rozstrzygnie dla nieprzygotowanego nań Zachodu, a więc i dla nas, nie trzeba specjalnie podkreślać. Jest oczywiste. Wszystko to ma miejsce w trakcie gigantycznej rewolucji technologiczno-...

Pages