Wyścig inny niż wszystkie

Tętent końskich kopyt. Co za szczęście, że chociaż one są trzeźwe. Jeden z uczestników już po kilku pierwszych kłusach swojego wierzchowca obsuwa się na bok. W tej pozycji pojedzie najwyżej jeszcze kilka metrów. Wreszcie spada. Jest na tyle blisko startu, że zapewne zaraz podbiegną do niego bliscy. Ci sami, którzy wspólnymi siłami usadowili pijanego krewnego w siodle. Teraz znów się udaje. Klepnięcie otwartą dłonią w zad konia i można jechać dalej.

– Deeees... despertarse! – odgłos jego gardłowego barytonu przenika przestrzeń wąskiej szutrowej uliczki.
Na próżno. Leżący na ziemi mężczyzna najwyraźniej i tak nic nie słyszy. O tym, że żyje, świadczy jedynie...
[pozostało do przeczytania 94% tekstu]
Dostęp do artykułów: